"Intymność to trzysylabowy wyraz na określenie: "Oto moje serce i dusza, proszę przemiel je na hamburgera i się rozkoszuj". Jednocześnie się jej pragnie i obawia. Ciężko z nią żyć, ale ciężko też żyć bez niej. Intymność jest też dołączona do trzech liter R: rodzina, romans, radośni lokatorzy. Od niektórych rzeczy nie uciekniesz. A o innych po prostu nie chcesz wiedzieć. [...] Chciałabym, żeby istniały zasady intymności. Swego rodzaju przewodnik, który ci powie, kiedy przekroczyłeś granicę. Byłoby miło wiedzieć, kiedy się do tego zbliżasz i w jakiś sposób umieścić to na mapie. Brałbyś ją wtedy wszędzie i zachował na tak długo, jak to możliwe. A co do zasad, to może nie ma żadnych. Może reguły intymności, to coś, co sam musisz zdefiniować."

> Chirurdzy, Meredith <



Tyle się teraz dzieje, że nie wiem, czy życie, które sam sobie układam nie jest gorsze od tego, które znałem wcześniej. Nie wiem, czy łóżko, które sobie codziennie ścielę nie jest o wiele bardziej niewygodne niż to, na którym spałem ostatnie 18 lat... Tak czy inaczej, nadszedł czas, bym powiedział Wam, czemu nie mieszkam już z rodzicami...

***

Moja nieograniczona nienawiść do rodziców zwykle utrzymywała mnie przy zdaniu, że najlepszym moim posunięciem w życiu będzie wyprowadzka, najwcześniej jak to tylko możliwe. Dlatego od zawsze dzień moich osiemnastych urodzin miał być kresem cierpienia w domu rodzinnym.

Ku mojemu niezmierzonemu zdziwieniu sytuacja w rodzinie była na tyle stabilna, że wbrew założeniom październik 2008 spędziłem w domu, żyjąc z rodzicami i nie śpiesząc się do jego opuszczenia. Ale co się odwlecze to nie uciecze!

Nadszedł w końcu 8 listopada, dzień dziewiątych urodzin mojej młodszej siostry. Mojego taty w ogóle cały dzień chyba nie było, a mama wzięła Ninę gdzieś na cały dzień. Nie było ich od 10 rano do późnego popołudnia. Na ten cudowny dzień, który planowałem spędzić w samotności przed telewizorem przeznaczono mi tylko porcję spaghetti. Nieźle.

Z tego, co pamiętam, to matka z siostrą wróciły około 17 i pierwszą rzeczą, jaką usłyszałem były pretensje rodzicielki dotyczące jakże tajemniczego zniknięcia całego talerza spaghetti z mikrofalówki.
Matka twierdziła bowiem, że dla mnie było tylko połowę talerza, a druga połowa dla mojej siostry, a moja pazerność i łakomstwo sprawiły, że biedna dziewczynka będzie resztę wieczoru spędzać w okropnych męczarniach, co w konsekwencji doprowadzi zapewne do jej anoreksji (co moim zdaniem i tak jest nieuniknione). Jak to się mówi, mięso armatnie rzucono. A może się tak nie mówi, ale w tej sytuacji i tak określenie to doskonale oddaje nastrój, jaki zapanował po uzasadnionych pretensjach mamy.

Kolejne godziny były jedną wielką kłótnia, ojciec wrócił, ale nie ingerował w nasz konflikt. Może i wszystko by się dobrze skończyło, gdyby nie cudowne i niepowtarzalne wyczucie mojej młodszej siostry, która nieokiełznanym płaczem zareagowała na swoje okropne odkrycie, jakim był brak gry The Sims 2 na komputerze. Ostatecznie to ja skasowałem simsy i to moja wina. Szczerze nie pamiętam, po co to robiłem, ale na pewno nie z nudów. Nie zmienia to jednak faktu, że moja matka uznała to za kroplę, która przelała czarę goryczy. Nie próżnując w słowach wyzwała mnie od najgorszych i nakazała 'wypierdalać'. Słysząc to, spytałem jej, czy może mówi serio, czy robi mi złudną nadzieję, lecz nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie, co ostatecznie sprawiło, że trzasnąłem drzwiami z pokoju, zasunąłem je łóżkiem i zacząłem się pakować. W między czasie, gdy emocje opadły mama próbowała do mnie wejść, pukając w drzwi itd, ale jej powiedziałem, żeby się wypchała. Spotkałem się z opinią, iż ona nie ma zamiaru ze mną rozmawiać przez drzwi, a ja na tą rewelację odpowiedziałem, iż ja nie mam zamiaru rozmawiać z nią w ogóle. Potem zadzwoniłem do babci i powiedziałem jej, że będę u niej o 19. Kiedy moje pakowanie dobiegło końca, okazało się, że w domu nikogo nie ma. To chyba był dar od losu. Matka gdzieś wyszła, ojciec też, Ninie tylko powiedziałem, żeby siedziała w pokoju i oglądała tv. Wziąłem kartony, siatki i plecak... i wyszedłem.

Wzruszyła mnie (wtedy) reakcja mojej babci na mój widok, która nic nie powiedziała, tylko otworzyła drzwi i wzięła ode mnie kartony z książkami. Potem jej wszystko wyjaśniłem, napominając przy tym o fakcie, iż w domu zostało drugie tyle moich rzeczy. Poszliśmy więc tam razem i zniosłem na dół resztę rzeczy. Babcia poprosiła mnie także o to, bym korzystając z okazji wziął mały telewizor, który swego czasu rodzice ukradli z naszej działki, a który był własnością właśnie babci.
Kiedy już wszystko zniosłem, otworzyły się drzwi klatki schodowej, w których stanął... mój ojciec. I to jego reakcja była największym zaskoczeniem tego dnia. Wziął te rzeczy, wziął nas i autem zawiózł nas do domu babci, nie darując sobie jednak komentarza, że "i tak za niedługo znowu będziemy kursować z powrotem". No cóż, nie wiem co miał na myśli, mówiąc "za niedługo", ale póki co ja nadal mieszkam z babcią.

Dlaczego teraz nie jest lepiej? Od czasu mojej przeprowadzki do dnia dzisiejszego minęło 229 dni i z dnia na dzień jest coraz gorzej. Z babcią mam tak zły kontakt, że już gorzej być chyba nie może. Na dodatek całej rodzinie (2897 cioci i 1295 wujkom) powiedziała, że wybieram się na Akademię Ekonomiczną. Teraz nie mam wyboru, muszę się tam dostać...

***

Pierwotnie nie miałem takiego problemu, ale teraz uważam, że moja psychiczna prywatność zniknęła. Co prawda, przez ostanie 1,5 miesiąca miałem problemów więcej niż w ciągu trzech lat liceum i był to chyba najgorszy okres w moim życiu, ale kontakty z babcią tylko to pogorszyły. Nie mam nic z własnego życia, wszystko co robię jest złe, ale i tak słowami, które zapadły mi najbardziej w pamięć były: "Gdybyś miał chociaż połowę tyle ambicji, co Ola" oraz "Jeśli ty zdałeś tą szkołę, jeśli dopuścili cię do matury, to świadczy o niskim poziomie tej szkoły i całej edukacji."

Dzisiaj oblałem egzamin teoretyczny z prawa jazdy. Nigdy w życiu nikt mnie nie wspierał...

...AleXander...





*




"Nie można wskazać tak nieszczęśliwej rodziny, żeby nie znajdowała pociechy w istnieniu jeszcze nieszczęśliwszej."

> Seneka Młodszy <



Zaskoczył mnie niedawno sms od mojej młodszej siostry, która spytała mnie w nim o jakiś kod do The Sims 2 żebym jej znalazł na internecie.
Strasznie się ucieszyłem, bo to znaczy, że z nią wszystko ok.
Niedawno miałem straszny sen, w którym zastałem ją martwą na moim balkonie. Wybuchłem wtedy strasznym płaczem, a po przebudzeniu doszedłem do wniosku, że we śnie człowiek przeżywa wyzwalane emocje dużo mocniej niż normalnie.
Poza tym ostatnio dręczą mnie już objawy obłąkania. W każdej dziewczynce na ulicy widzę moją siostrę. Idąc przez miasto oglądam się za każdą napotkaną uczennicą podstawówki. Ktoś by mógł mnie posądzić o pedofilię. Ale cóż ja poradzę, że zostawiłem mój największy skarb wśród sępów?

* * *

Już w pierwszym tygodniu ferii dowiedziałem się, że moja młodsza siostra w rozmowie przez telefon z drugą siostrą wygadała się, że w domu nie ma prądu. Następnie poprosiła ją, by nikomu nie mówiła, nawet mnie. W związku z tym Ola, mówiąc mi to, poprosiła, bym nie mówił Ninie, że wiem. W późniejszej rozmowie z młodszą siostrą wyszło, gdyż znowu się wygadała, że nie mają prądu. Z tego powodu Nina mnie poprosiła, bym nie mówił Oli, że wiem, bo Ola wie, ale miała mi nie mówić, ale że się wygadała, to żeby było tak, że Ola wie, ale myśli że ja nie wiem, a ja wiem, ale nie mogę powiedzieć Oli, że wiem. To dziecko ma 9 lat i już ma obsesję prześladowczą. Oto, jak na psychice odbija się życie z moją matką. Mam podobne problemy, też obsesyjne. W pełni Ninkę rozumiem.

Korzystając z tego, że były ferie, jeszcze tego samego dnia, gdy dowiedziałem się o braku elektryczności w domu rodzinnym zadzwoniłem do matki i spytałem się, czy mógłbym wziąć siostrę do siebie (nie mówiąc, że coś wiem) z okazji ferii. Następnego dnia wydała dyspozycję i zezwoliła na tydzień Niny u mnie. Było super, bardzo się cieszę z tego, że spędziłem z nią tyle czasu. Oczywiście kiedy przyszedłem po Ninę, matka była tak pijana,
że mi nie otworzyła drzwi, tylko przez domofon wybełkotała, że wyśle ją na dół. Potem, idąc, Nina wyznała mi w sekrecie, że rodzice są pijani. Powiedziałem, że wiem, a ona dodała: "Ale oni są codziennie pijani". Zamarłem. Jednak to nie koniec. Na pytanie od kiedy nie mają prądu odpowiedziała: "Od Świąt". Myślałem, że się przewrócę. W jednej chwili poczułem tak wiele negatywnych emocji, że nie jestem tego w stanie wyrazić słowami. Jak można od świąt do ferii siedzieć bez prądu. To co to dziecko robiło całymi dniami? Bez światła, bez ciepłej wody, bez nawet radia... Okazało się, że na czas średniowiecza wszyscy w czwórkę (wraz z psem) zamieszkali w kuchni, gdyż tam był gazowy piekarnik, którym można nagrzać. No przecież szczena mi opadała. Nienawidzę ich.

Oczywiście z matką umówiłem się na oddanie Niny w środę drugiego tygodnia ferii, ale ta oczywiście zadzwoniła już w niedzielę, pijana w trzy dupy i powiedziała siostrze, że "umawiamy się na jutro".
Nina w związku z tym zaczęła mówić, że nie chce iść jeszcze do domu, a ja słysząc o co chodzi poprosiłem ją, by dała mi telefon. Gdy mi podała, straciłem kontrolę nad emocjami. Moją złość podbudował fakt, że nie była trzeźwa, więc wykrzyczałem jej w słuchawkę, żeby trzymała się ustalonych zasad i że do środy nie chcę słyszeć nawet sygnałka od niej do Niny. Moja siostra z kolei w trakcie rozmowy zakryła się kołdrą.
Gdy rzuciłem komórką na stół serce waliło mi z nerwów, a Nina powiedziała najsmutniejsze zdanie, jakie mogłem usłyszeć:
"Ja się boję wracać do domu." Serce mi się rozkleiło i tyle.

* * *

Gdy przyjechali po Ninę w środę poprosili ją, by wyszła z klatki i poszła na ulicę, gdzie będą czekać na nią w aucie. Nie zdziwiło mnie to, więc wziąłem torbę siostry i pomogłem jej ją znieść na dół. Oparłem się o balustradę schodów i pomachałem jej na do widzenia, a ona pobiegła do matki, która wyszła jej na przeciw. Gdy szły w kierunku auta, mama odwróciła się na sekundę w moją stronę i na mnie popatrzyła. Zdziwiłem się, nie wiedziałem co zrobić, więc NAJDELIKATNIEJ jak to możliwe kiwnąłem głową, żeby najlepiej tego nie widziała, ale żeby nie mieć wyrzutów sumienia co do mojego zachowania. Odwróciła się z powrotem i wsiadła do auta. Ja wróciłem do domu.

* * *

Od tamtej pory nie kontaktowałem się z rodzicami. Aż nadszedł feralny dzień urodzin matki. Na tydzień przed tym obmyślałem plany, jak rozwiązać kwestię życzeń. W końcu zdecydowałem się na sms o treści:
"Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin". Siłą opamiętałem się, żeby nie dopisać "czterdziestych trzecich". W każdym razie po 15 minutach dostałem sms od Niny: "Mama dziękuje za pamięć". Do niej samej napisałem, zmieniając temat, co u niej słychać, a do matki napisałem:
"To nie pamięć tylko przykry obowiązek. Ktoś z nas musi mieć klasę, padło na mnie. Ale spoko, za 8 miesięcy będziesz mogła się zrewanżować".
Tak, to był najobrzydliwiej najokrutniejszy sms, jakiego w życiu napisałem. Z jednej strony moja matka wyrządziła tak dużo zła, że zasłużyła sobie na takie teksty. Wyrzuciła mnie z domu w urodziny mojej siostry, a swoje własne chciała by mieć zajebiste? Egoistka.
Jednak z drugiej strony zaczęły mnie dręczyć wyrzuty, okropne wyrzuty sumienia. Następnego dnia, idąc do szkoły, na przejściu drogowym popłakałem się z powodu tego sms, który napisałem. To niezbity dowód na to, że mam w sobie za duże pokłady niezużytej empatii. Nawet do kogoś, kogo tak nienawidzę.

...AleXander...





*




"Właściwe jest ludzkiej naturze nienawidzić tego, kogo się skrzywdziło."

> Tacyt <


To nie będzie opowieść na czasie, ale przy temacie kompletnie odbiegającym od norm społecznych jaką to komu robi różnicę, że nie piszę o 20 maja? (Swoją drogą 20 maja to Międzynarodowy Dzień Płynów do Mycia Naczyń).
* * *

Za mojej pamięci, jak i pamięci mojej siostry nie obeszło się nigdy bez awantur w święta. Boże Narodzenie czy Wielkanoc, Walentynki czy Dzień Rzucania Palenia... no dobra, zostawmy złośliwości na boku.
Tak oto ja sam mogę zaświadczyć, że nie pamiętam żadnych świąt, w które rodzice (a w niektórych wypadkach rodzina) trzymaliby się zasady "jedz, pij, śmiej się i śpiewaj z dziećmi". To wyróżniało te dni od innych - w zwykły poniedziałek nie wiedziałeś, czego się po nich spodziewać. W Wigilię miałeś pewność. Nie mówię, że było tragicznie, też znowu nie przesadzajmy. Kiedyś dostałem od rodziców tamagochi i uważałem, że jestem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie!

Była to Wielkanoc. Dość dawno temu, ponieważ Ola twierdzi, że jeszcze jak mieszkaliśmy na Dąbrowskiego (przed 1997), a poza tym ja tego jakimś cudem nie pamiętam. Standardowa okoliczność - mamusia wyszła z altruistycznego założenia, że rodzina jest najważniejsza i że przecież wszyscy się kochamy, dlatego powinniśmy wspólnie zasiąść do świątecznego śniadania. Oczywiście w niepamięć odszedł fakt, że cały poranek darła mordę na wszystkich wokoło oraz że od tego samego poranka każdy z uczestników naszej rodziny stracił dobry humor. Nic nieznaczącym szczegółem jest też to, że zdążyła w tym czasie dać Oli po twarzy kilka razy za nic. A może, żeby odreagować? No nie wiem, ale to wszystko było oczywiście w imię rodzinnej atmosfery przy wielkanocnym stole. Tak czy siak klimat był - dekoracje, mnóstwo jedzenia, które robiła po nocy naprzemiennie z kłótniami z ojcem, odświętne ubranie i inne pierdoły. No i zaczęło się od dzielenia jajkiem (fuuj! nienawidzę jajek). Każdy z każdym, a dużo nas tam pewnie nie było. Ja próbowałem się schować, żeby nie trzeba było tego jeść, poza tym nigdy nie miałem pomysłów na życzenia. Dlatego uwielbiałem się dzielić jajkiem z psem - jego nie musiałem bajerować.
No i nadszedł ten spektakularny moment, w którym matka podeszła do mojej siostry i nieco poddenerwowana (dla zasady, czy dlaczego?) przez zaciśnięte zęby rzuciła do niej "No złóż mi te życzenia!". No a Ola wystraszona i zdekoncentrowana nie wiedziała, co ma powiedzieć. Wytrącona ze stabilności emocjonalnej matka rzuciła do ojca kilka haseł pokroju "co za gówniara!", a do samej Oli krzyczała o jej krnąbrności. Przyznam, że nawet ja bym nie wiedział, co powiedzieć, dlatego nie dziwię się siostrze, że włączyła jej się opcja jąkania i problemów z przemawianiem. Więc dostała w łeb, przełknęła ślinę, zacisnęła nogi (cytuję: "bo wiesz... jak czujesz to gorąco w podbrzuszu to wiesz, że się zlejesz, a jak masz około 12-13 lat to nie wróży nic dobrego").
Dokończyli jakoś te czułości i zasiedli do stołu. No i początek śniadania upłynął na pilnych obserwacjach jej osoby czynionych przez dwójkę debili, którzy tylko czekali, aż coś jej spadnie, przewróci się, wyleje, albo nie daj Boże zrobi kwaśną minę świadczącą o jej krnąbrności, złośliwości czy diabelskości. Jak zapewne się domyślacie - nie miała szans. No i w pewnym momencie popełniła wielki błąd. Nie że rozlała herbatę, wywaliła talerz z pomidorami czy wykrzyczała matce w twarz, że jest tylko dzieckiem, a ona potworem. Nie, żadna z takich zbrodni. Prawdopodobnie z nawiności dziecęcej odpowiedziała na pytania zadawane przez mamusię, nie wiedząc, że są one tylko stopniami prowadzącymi do kolejnej katastrofy, naumyślnie obranej jako cel Wielkanocy przez moich rodziców. Początek akcji wyglądał mniej więcej tak:
matka zrywa cielsko z krzesła, rzucając się na twarz Oli prawie przez stół. Ojciec drze się do niej, ale w stylu "po co masz się denerwować, ja to załatwię!" - słowa wyrocznia. Moja siostra, która nie zdążyła nawet zareagować, czy się posikać ze strachu. Jak mi później opowiadała "uczucie, którego nie da się zapomnieć, które odbija się echem na twojej psychice". Sam z resztą doskonale wiem, jak to jest. Mniejsza z tym.
Urocza scenka, w której matka uczepiona włosów mojej siostry, szarpiąca je na wszystkie strony razem z nią i krzesłem pod nią, no i sama Aleksandra, lecąca w końcu w bok z tym krzesłem, co daje matce powód do kolejnych wrzasków w stylu "Patrz na tę histeryczkę! Patrz jaki teatrzyk odpierdala!" (do ojca), "Ja Ci pokażę teatrzyki w święta! W święta ci się zachciewa, gówniaro?!" (do Oli). Dalszy ciąg: siostra leżąca na ziemii - właściwie opierająca się na kolanie, próbująca wstać, matka bijąca ją po twarzy, ojciec ją odciągający, by poprawić, ja siedzący za stołem przerażony, nieruchomy. Pies wyjący, Ola wyjąca. W telewizji szczęśliwi ludzie, uśmiechnięte panie (na pewno w domu mają dobre, grzeczne dzieci).
Aleksandra doskonale rozumiała sytuację. Nie wiedziała, że to matka jest zła. Była przekonana, że to ONA jest niedobra. Nie przeszło jej przez myśl, że to jest nienormalne. Niczym u Dostojewskiego - jest zbrodnia, jest kara. To ONA jest winna, zła, ukarana...
Ojciec w końcu odciągnął matkę i - można rzecz nareszcie - zbił Olę normalnie, pasem. Myślała, że może się położyć, popłakać, "tato, przepraszam". Gdzie kurwa. "Do stołu, gówniaro! Całe święta chcesz nam zniszczyć!". No i tak właśnie wróciła, połykając jakieś świńskie żarcie pomieszane ze smarkami. "Żeby tylko nie wybuchnąć"...

Jak dla mnie intrygująca w tym jednym przypadku jest paranoja całej sytuacji. Oczywiście nie mówię tu o aspekcie psychicznym w kontekście rodziców, ale o tym, jak to wygląda z boku. My bici od rana, ojciec szesnaście razy zwyzywany, pies skopany, bo przeszkadzał, a wszystko dlatego, że ONA PRZYGOTOWUJE ŚWIĘTA! Takim podstawowym schematem rozpoczynały się każde święta. W tym przypadku oberwało się mnie, w innym mojej siostrze. Za kilka lat moja druga, młodsza siostra będzie do mnie dzwonić zapłakana w Boże Narodzenie, bo rodzice się upili albo ją uderzyli.
I choć sądzę, że ona 'takich' scenek nie będzie mieć, to jednak boję się o nią bardzo. Bo z psycholami nigdy nic nie wiadomo...

* * *

Jest to wyjątkowa notka. Przede wszystkim przepraszam za realizm, z jakim ją opisałem, ale było to konieczne, byście zrozumieli, czym w naszym życiu są Święta. Dlaczego na Wigilii klasowej siadałem w boku, przy drzwiach, a w Drugi Dzień Świąt szedłem na 6 godzin do Amarak. Dlaczego nienawidzę Świąt...

* * *

Pierwszy raz popłakałem się, pisząc notkę na tego bloga. Nienawidzę ich, za to wszystko. A oni chyba tak samo nienawidzą nas.


...AleXander...





*




"Milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych; strzeż się, by ktokolwiek poznał twoje cierpienie, bo ciekawość ludzka pije nasze łzy, jak muchy krew rannego jelenia."


Aleksander Dumas



Wydarzyło się swego czasu coś, co - mimo, że nie pamiętam z tej sytuacji ani jednej chwili - i tak mocno wygrawerowało swoje piętno na mojej psychice,
jak i, paradoksalnie, pamięci.

Najprawdopodobniej całe zdarzenie miało miejsce dnia
26 maja 1992r., a jego przebieg dwukrotnie opowiedziała mi moja siostra, Ola.

* * *

Dzień Matki. Dziesięcioletnia, wówczas, Aleksandra oraz ja, wtedy dwuletni. Jak by na to nie patrzeć - nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym jest dzień matki. Dziecku w tym wieku nie robi to większej różnicy, czy nasza kochana mamusia, nasze całe życie - czy obchodzi jakieś święto.
W końcu to tylko moje święta są ważne, nie jej.
Inaczej sprawa ma się jednak w przypadku mojej starszej siostry, która znając podstawy dobrego zachowania wiedziała, co się robi w takie dni, jak ten.

Były to czasy, kiedy nasza matka była młodsza, a co za tym idzie chciało jej się to i owo. Mówiąc mniej ogólnikowo - wtedy jeszcze pracowała. A skoro miała pracę, to oznaczało, że - mnie może mniej, ale mojej siostrze jak najbardziej - dana była okazja odpoczynku od rodziców (gdyż analogicznie ojciec również wtedy pracował).
W ramach pozytywnych emocji i ogólnej euforii, jakie zaszczyciły Olę, postanowiła ona wykonać jedyny możliwy wtedy dowód swojej bezinteresownej miłości do matki - laurkę.
Ja z kolei, jak na dwuletnie dziecko przystało, bawiłem się,
a że byłem pod jej opieką, to nic mi grozić nie mogło. Mnie nie.
Moja siostra siedziała przy biurku dokonując aktu przelewania emocji na papier. Laurka kształtowała się z chwili na chwilę.
Ja w tym czasie doskonale radziłem sobie z zajmowaniem sobie czasu na przeróżne zabawy.

Pech chciał, że mama przygotowała ciuchy nadające się do prania w misce, znajdującej się gdzieś przy ścianie w łazience.
Z tylko sobie znanych przyczyn wymyśliłem przeokrytnie chytry plan zbawienia świata, który miał polegać na przerzuceniu tychże ubrań z miednicy do wanny.
A żeby słowo ciałem się stało - tak owoż uczyniłem.

Laurka skończona, Ola była z siebie dumna. Nie bez powodu - odwaliła kawał dobrej roboty. Wstała i postanowiła sprawdzić, co robię. W tym momencie klucz w zamku przekręcił się i drzwi się otworzyły. Do domu wróciła mamusia. Moja siostra złożyła jej życzenia, ja się przywitałem, jak to maluszek ze swoją mamusią.
Jednak nieprzyjacielskie fatum zaprowadziło mamę wprost do łazienki, w której dane jej było ujrzeć dzieło jej drugiego potomka, mnie czyli.
Wściekłość i nienawiść zawładnęły Katarzyną, złość
i okrucieństwo przejęły nad nią kontrolę. Co ze mną w tym czasie się działo jest kwestią niewyjaśnioną, wiadomo za to, co stało się z Olą.
Została popchnięta do pokoju i - nie owijając w bawełnę - brutalnie pobita. Pobita? Właściwie to skopana. Tak, moja mama miała raczej siłę w nogach, o czym przekonała się twarz mojej siostry. Jednak ręce mamy nie próżnowały. Wyrwane włosy Oli tarzały się po podłodze, wraz z walającą się po niej laurką. Ona sama również niedługo po tym skończyła pobita do nieprzytomności pod ścianą.

I tu mogłaby się ta przygnębiająca historia zakończyć, gdyby nie rozhulane emocje naszej matki. Moja siostra faktycznie zemdlała, pobita. Gdy jednak ocknęła się po chwili, ujrzała coś jeszcze gorszego.
Oszalała kobieta stała pochylona nad nią z olbrzymimi nożyczkami w dłoniach. Jakiż wielki musiał być strach Aleksandry, widzącej narzędzie hipotetycznej zbrodni w rękach hipotetycznej zabójczyni.
Myślę, że gdybym to był ja, to po takim przebudzeniu zszedłbym na zawał.
Jednak, ku zdziwieniu, lecz wcale nie 'na szczęście' - matka moja postanowiła dać jej nauczkę, odpłacając się tym samym. Skoro ta szmata mogła zezwolić na to, bym wrzucił te ciuchy do wanny (przecież one i tak szły do prania! - lol), to - skoro mnie nie pilnowała - pożałuje. Trzymając mocno nożyczki szybko i sprawnie porozcinała na nogach Olki jej nowe jeansy, które nasz dziadek przywiózł jej zza granicy
(a dodać trzeba, że były to trudne czasy).

Gdy mój ukochany ojciec, a mojej siostry ojczym zaszczycił nas swoim powrotem do domu, matka moja, po wyładowaniu napięcia i nerwów poprosiła go, by "dojebał tej gówniarze".
I tak, bez słowa wyjaśnienia, tato przystąpił do wykonywania polecenia, jak przystoi dobremu podkapciowemu.

* * *

Może to i dobrze, że moja siostra wyszła z tego z sińcami na ciele i ubytkiem w galanterii, ale powiedzmy sobie szczerze - moja matka przegięła. Wydaje mi się, że była to najgorsza taka historia, jaką pamiętam, a raczej o jakiej słyszałem. Pierwszy raz została ona opowiedziana po jakiejś kłótni między moją mamą a siostrą. Wtedy - u mnie w pokoju - Ola mi się żaliła i płakała. Właściwie płakaliśmy razem.
Drugi raz miało to niedawno, uraczyła mnie większą ilością szczegółów.

A teraz krótko, chciałbym coś wyjaśnić.
Wiele osób pyta, czy to fikcja, czy rzeczywistość.
Myślę, że najpiękniejszą możliwą odpowiedzią na tego typu pytania jest komentarz mojego kolegi Fuxa do poprzedniej notki:
"Wydaje mi się, że to czy to jest fikcja czy nie jest nieistotne... Jakby Ci powiedział, że to wszystko prawda podobałoby Ci się bardziej? Bo jak tak to to trochę chore."
Dziękuję Ci, Fux. Natomiast do osób bardziej dociekliwych.
Tak, to wszystko, co piszę na tym blogu jest prawdą. I mimo, że może się to wydawać absurdem, to jednak ma na celu zaprezentowanie Wam, w jakim wielkim absurdzie ja się wychowałem. A co zrobicie z taką wiedzą... to już nie ode mnie zależy.

PS. Czytelnikom myloga należy się wyjaśnienie - przeniosłem mojego bloga z portalu eblog.pl, gdzie miałem te notki i tam były komentarze moich znajomych, dlatego nie ma ich teraz tu.

...AleXander...





*




"Co by było, gdyby twarz człowieka mogła dokładnie wyrazić całe wewnętrzne cierpienie, gdyby zobiektywizowała się w akcie ekspresji cała wewnętrzna męka? Czy moglibyśmy jeszcze rozmawiać ze sobą? Czy nie musielibyśmy wówczas mówić, zakrywając rękoma twarz? Życie byłoby praktycznie niemożliwe, gdyby owa nieskończoność odczuć, jaką w sobie nosimy, uzewnętrzniała się w rysach twarzy. Nikt nie miałby już odwagi przejrzeć się w lustrze, bo w groteskowym i tragicznym zarazem wizerunku twarzy stapiałyby się w jedno plamy i wstęgi krwi, rany, co nigdy się nie zabliźnią i strugi łez, co nigdy nie będą powstrzymane."

Emil Cioran



Opowiem Wam historię.
Wyjątkowo nie będzie to historia życia brata ex-chłopaka sąsiadki Harry'ego Pottera, o dziwo nie zasmucę Was przeżyciami małej, ciemnowłosej dziewczynki trzymającej w ręce żyletkę. Nie przeczytacie tutaj cudownego wiersza z gatunku tych, które są "pełne emocji i cudownych słów".
W ogóle nie będzie to coś, co moglibyście zakwalifikować gdziekolwiek.
Nie spodziewajcie się zaskakujących zwrotów akcji i happy endów co rusz.
Nie doszukacie się tutaj nadzwyczajnych przesłań o charakterze moralizatorskim, ani też bohater tej opowieści nie przejdzie cudownej metamorfozy na skutek otarcia się o śmierć.
Opowiem Wam historię najgorszą z możliwych, a bohaterem tej opowieści będę ja. I nie mówcie, że nie ostrzegałem...

* * *

Przybrałem imię Alexander, bo miałem w tym ukryty cel.
Jaki byłby sens posiadania ukrytego celu, gdybym Wam teraz powiedział, jaki on jest? Chciałbym, abyście spróbowali całą tą historię zrozumieć tak, jak została ona wymyślona. Nie przeze mnie - tak naprawdę została ona napisana przez życie. Wszystko, co mam Wam do powiedzenia jest prawdą i wydarzyło się mnie. Nie zawsze jest to powód do dumy, ponoć nie powinno się z takich rzeczy zwierzać. Ale skoro komuś zależało, żebym to wszystko przeszedł, to chyba opowiedzenia tego Wam nie będzie wołać o pomstę?
Mam 18 lat i sądzę, że przeżyłem już wszystko.
Nie, wcale nie uważam, jakobym był nad wyraz mądry, nie uważam, że wiem wszystko o życiu i zapewne jeszcze niejedno mnie zaskoczy.
Ale jeśli ktoś, kto załatwił mi taki los, jaki mnie dręczy od małego chciałby wymyślić mi jeszcze jakąś przygodę, to musiałby być ostro pierdolnięty.
Dlatego mniemam, że przeżyłem już wszystko. Jak na swoje nerwy.
Jak na swoje możliwości. A tak naprawdę to chyba mam nadzieję, że już nic mi się nie przydarzy. Bo jeśli tak...

* * *

Chciałbym, abyście wiedzieli, że w miejscu, gdzie napisałem "Alexander" każdy z Was może wpisać dowolne imię. To możesz być Ty, jeśli się utożsamiasz z moją opowieścią. Może to być także każdy Twój przyjaciel, znajomy, sąsiad czy przechodzień. Bo nie wiesz, kto ile przeżył.
Niektórzy mogą się z tym nieźle kryć. Jestem tego chyba świetnym przykładem.

* * *

Dzisiaj zadzwoniła do mnie Ania. Chce się spotkać. Ania była zawsze, nie zawsze koniecznie wtedy, kiedy było to konieczne.
Ania jest mi bardzo bliska i chyba nie będzie w tym przesady, jeśli powiem, że jest mi ona przyjaciółką. To przy niej podejmowałem najważniejsze decyzje w życiu, ona była świadkiem moich przemian, towarzyszyła mi w całej udręce dorastania, ale również miała na mnie duży wpływ. Powiedzmy, że gdyby nie ona, mógłbym być teraz zupełnie innym człowiekiem. I wcale nie musiałoby to być takie dobre.

Kiedy to wszystko tak naprawdę się zaczęło, sam nie wiem. Myślę, że to wcale nie ma swojego początku. Bo ciężko zadecydować, czy początkiem mojej dorosłości był wtedy, gdy pierwszy raz tata pobił mnie do nieświadomości (żeby nie mówić o nieprzytomności). Było to wtedy, gdy pierwszy raz wyrzygałem całe swoje życie do kibla w knajpie? Uznać za wstęp w dorosłe życie to, że ustabilizowałem swoje podejście do własnej osoby? Nie wiem. Nie wiem, czy chcę to wiedzieć, bo rozmyślanie o tym sprawia mi ból, żal i tęsknotę za dzieciństwem, które dość wcześnie utraciłem.

Nie pamiętam kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że moi rodzice są źli. Możliwe, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem moją siostrę leżącą w kącie w kałuży krwi, nie pojmowałem tego jako czegoś złego. Mój system wartości pod wpływem patologii, jaka mnie dotykała na każdym kroku rozwinął się stosunkowo późno. Świadczy o tym fakt, że przez pierwsze lata mojej dziecięcej świadomości na widok matki tłukącej moją siostrę do nieprzytomności wybuchałem niepojmowanym śmiechem.
Kocham ją. Kocham je. Kocham ich. Stanowisko na rok 1994.

Nigdy w życiu nie zapomnę, jak pierwszy raz ujrzałem ich pochylonych nad nią. Właściwie to niewiele wspomnień jest "przed".
To jedna z pierwszych rzeczy, jakie mogę sobie przypomnieć. To było w wejściu do kuchni, kiedy mieszkaliśmy jeszcze na Dąbrowskiego.
Kazali jej ściągnąć majtki i oprzeć się o taboret, a może krzesło, nie wiem. Ja w tym czasie stałem zaraz obok i wcale nie tak uważnie przyglądałem się tej scenie. Oni chcieli, żeby działało to na mnie jakoś dydaktycznie, ja tymczasem obmyślałem strategię, jak dostać się do huśtawki wiszącej w przejściu. Nie mogli się przenieść do pokoju? Miałbym wtedy wolną rękę
i mógłbym pobujać się przez parę minut, a potem wylecieć. Tymczasem oni postanowili odprawić akt wymierzania sprawiedliwości właśnie w miejscu, które najmniej odpowiadało tego typu show.
Z zamyślenia o dziwo nie wyrwał mnie płacz mojej przerażonej siostry. Miałem to w szerokim poważaniu, skoro miała czelność przeszkodzić mi w ujarzmianiu huśtawki. Moje plany podboju framugi drzwi przerwał wrzask Oli. Taki, jakiego chyba nigdy wcześniej nie słyszałem. Nikt na mnie nie patrzył, nie jestem pewien, czy tak naprawdę wiedzieli, że ja tam jestem. Z nieco już większym zaciekawieniem przyglądałem się mamusi, która z nieokiełznaną wściekłością, będącą dla mnie niepojętą, biła moją siostrzyczkę pasem mojego tatusia. Ten z kolei ją dopingował. A może mi się myli. Za bardzo byłem zdziwiony całą sytuacją. Na chwilę zapomniałem o problemie zdobycia huśtawki we własne posiadanie, dlatego sięgnąłem po bułkę leżącą w chlebaku i - mlaskając raz po raz - oparłem się o szafkę patrząc, jak moja siostra przeżywa katusze. Nie rozumiałem tego, ponieważ wcześniej chyba nie byłem przez nikogo uderzony. A jeśli byłem, to z pewnością tego nie pamiętam. Pamiętam za to twarz Oli, jej wzrok wodzący nieprzytomnie po czterech ścianach kuchni i łzy, tworzące pod Tronem Cierpienia olbrzymią, słoną plamę.
Oczywiście, że bywało gorzej. Nieraz byłem świadkiem jeszcze gorszych aktów terroru, jeszcze częściej to ja bywałem jego ofiarą. Ten moment jednak wypalił mi się w pamięci jako niezniszczalny posąg początku wątpliwości. Czy mamusia mnie też okrzyczy? Ok, daruję sobie huśtawkę. I już po chwili, gdy wybiegłem z kuchni, doskoczyłem do Koksa, który bawił się różową piłką. Dwa okrążenia po mieszkaniu i już wyleciało mi z głowy zdarzenie sprzed chwili.

Wiem, że kolejną rzeczą, jaka mi się przypomina z tamtego dnia było to, jak - dość wcześnie - rodzice kazali kłaść się nam spać. Moja siostra, zapłakana, spocona, wyglądająca, jakby ją zgwałcono, położyła się koło mnie. A ja powiedziałem najgorsze z możliwych wówczas zdań.
"Śmierdzisz." Jak na czteroletnie dziecko szybko zorientowałem się, że coś jest nie tak. Ola mnie nie uderzyła. Odwróciła się i przez następne półtora godziny tonąłem na mokrej poduszce.


...AleXander...





*






2009
maj (4)
czerwiec (1)



_______________________________

szablonet