"Milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych; strzeż się, by ktokolwiek poznał twoje cierpienie, bo ciekawość ludzka pije nasze łzy, jak muchy krew rannego jelenia."
Aleksander Dumas
Wydarzyło się swego czasu coś, co - mimo, że nie pamiętam z tej sytuacji ani jednej chwili - i tak mocno wygrawerowało swoje piętno na mojej psychice,
jak i, paradoksalnie, pamięci.
Najprawdopodobniej całe zdarzenie miało miejsce dnia
26 maja 1992r., a jego przebieg dwukrotnie opowiedziała mi moja siostra, Ola.
* * *
Dzień Matki. Dziesięcioletnia, wówczas, Aleksandra oraz ja, wtedy dwuletni. Jak by na to nie patrzeć - nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym jest dzień matki. Dziecku w tym wieku nie robi to większej różnicy, czy nasza kochana mamusia, nasze całe życie - czy obchodzi jakieś święto.
W końcu to tylko moje święta są ważne, nie jej.
Inaczej sprawa ma się jednak w przypadku mojej starszej siostry, która znając podstawy dobrego zachowania wiedziała, co się robi w takie dni, jak ten.
Były to czasy, kiedy nasza matka była młodsza, a co za tym idzie chciało jej się to i owo. Mówiąc mniej ogólnikowo - wtedy jeszcze pracowała. A skoro miała pracę, to oznaczało, że - mnie może mniej, ale mojej siostrze jak najbardziej - dana była okazja odpoczynku od rodziców (gdyż analogicznie ojciec również wtedy pracował).
W ramach pozytywnych emocji i ogólnej euforii, jakie zaszczyciły Olę, postanowiła ona wykonać jedyny możliwy wtedy dowód swojej bezinteresownej miłości do matki -
laurkę.
Ja z kolei, jak na dwuletnie dziecko przystało, bawiłem się,
a że byłem pod jej opieką, to nic mi grozić nie mogło. Mnie nie.
Moja siostra siedziała przy biurku dokonując aktu przelewania emocji na papier. Laurka kształtowała się z chwili na chwilę.
Ja w tym czasie doskonale radziłem sobie z zajmowaniem sobie czasu na przeróżne zabawy.
Pech chciał, że mama przygotowała ciuchy nadające się do prania w misce, znajdującej się gdzieś przy ścianie w łazience.
Z tylko sobie znanych przyczyn wymyśliłem przeokrytnie chytry plan zbawienia świata, który miał polegać na przerzuceniu tychże ubrań z miednicy do wanny.
A żeby słowo ciałem się stało - tak owoż uczyniłem.
Laurka skończona, Ola była z siebie dumna. Nie bez powodu - odwaliła kawał dobrej roboty. Wstała i postanowiła sprawdzić, co robię. W tym momencie klucz w zamku przekręcił się i drzwi się otworzyły. Do domu wróciła mamusia. Moja siostra złożyła jej życzenia, ja się przywitałem, jak to maluszek ze swoją mamusią.
Jednak nieprzyjacielskie fatum zaprowadziło mamę wprost do łazienki, w której dane jej było ujrzeć dzieło jej drugiego potomka, mnie czyli.
Wściekłość i nienawiść zawładnęły Katarzyną, złość
i okrucieństwo przejęły nad nią kontrolę. Co ze mną w tym czasie się działo jest kwestią niewyjaśnioną, wiadomo za to, co stało się z Olą.
Została popchnięta do pokoju i - nie owijając w bawełnę - brutalnie pobita. Pobita? Właściwie to skopana. Tak, moja mama miała raczej siłę w nogach, o czym przekonała się twarz mojej siostry. Jednak ręce mamy nie próżnowały. Wyrwane włosy Oli tarzały się po podłodze, wraz z walającą się po niej laurką. Ona sama również niedługo po tym skończyła pobita do nieprzytomności pod ścianą.
I tu mogłaby się ta przygnębiająca historia zakończyć, gdyby nie rozhulane emocje naszej matki. Moja siostra faktycznie zemdlała, pobita. Gdy jednak ocknęła się po chwili, ujrzała coś jeszcze gorszego.
Oszalała kobieta stała pochylona nad nią z olbrzymimi nożyczkami w dłoniach. Jakiż wielki musiał być strach Aleksandry, widzącej narzędzie hipotetycznej zbrodni w rękach hipotetycznej zabójczyni.
Myślę, że gdybym to był ja, to po takim przebudzeniu zszedłbym na zawał.
Jednak, ku zdziwieniu, lecz wcale nie 'na szczęście' - matka moja postanowiła dać jej nauczkę, odpłacając się tym samym. Skoro ta szmata mogła zezwolić na to, bym wrzucił te ciuchy do wanny (przecież one i tak szły do prania! - lol), to - skoro mnie nie pilnowała - pożałuje. Trzymając mocno nożyczki szybko i sprawnie porozcinała na nogach Olki jej nowe jeansy, które nasz dziadek przywiózł jej zza granicy
(a dodać trzeba, że były to trudne czasy).
Gdy mój ukochany ojciec, a mojej siostry ojczym zaszczycił nas swoim powrotem do domu, matka moja, po wyładowaniu napięcia i nerwów poprosiła go, by "dojebał tej gówniarze".
I tak, bez słowa wyjaśnienia, tato przystąpił do wykonywania polecenia, jak przystoi dobremu podkapciowemu.
* * *
Może to i dobrze, że moja siostra wyszła z tego z sińcami na ciele i ubytkiem w galanterii, ale powiedzmy sobie szczerze - moja matka przegięła. Wydaje mi się, że była to najgorsza taka historia, jaką pamiętam, a raczej o jakiej słyszałem. Pierwszy raz została ona opowiedziana po jakiejś kłótni między moją mamą a siostrą. Wtedy - u mnie w pokoju - Ola mi się żaliła i płakała. Właściwie płakaliśmy razem.
Drugi raz miało to niedawno, uraczyła mnie większą ilością szczegółów.
A teraz krótko, chciałbym coś wyjaśnić.
Wiele osób pyta, czy to fikcja, czy rzeczywistość.
Myślę, że najpiękniejszą możliwą odpowiedzią na tego typu pytania jest komentarz mojego kolegi
Fuxa do poprzedniej notki:
"Wydaje mi się, że to czy to jest fikcja czy nie jest nieistotne... Jakby Ci powiedział, że to wszystko prawda podobałoby Ci się bardziej? Bo jak tak to to trochę chore."
Dziękuję Ci, Fux. Natomiast do osób bardziej dociekliwych.
Tak, to wszystko, co piszę na tym blogu jest prawdą. I mimo, że może się to wydawać absurdem, to jednak ma na celu zaprezentowanie Wam, w jakim wielkim absurdzie
ja się wychowałem. A co zrobicie z taką wiedzą... to już nie ode mnie zależy.
PS. Czytelnikom myloga należy się wyjaśnienie - przeniosłem mojego bloga z portalu eblog.pl, gdzie miałem te notki i tam były komentarze moich znajomych, dlatego nie ma ich teraz tu.